niedziela, 25 marca 2018

Jabłonie, kwitnące jabłonie...

Moja cierpliwość się skończyła... bo ile można czekać na jakieś oznaki wiosny?
Irytacja wzrosła znacznie, kiedy w internecie zaczęły pokazywać się zdjęcia dokumentujące "ślady stóp" pani wiosny.
A u mnie nic. Kompletnie nic! Jeszcze dwa dni temu za oknem mroził mnie widok wszechobecnej bieli śniegu... a jacyś śmiałkowie spacerowali po tafli jeziora.
Ogród zastygły w zimowym marazmie, rabaty w opłakanym stanie wciąż skute zmrożoną ziemią. Pąki drzew i krzewów ani myślą pękać soczystą zielenią młodych listków.
...no więc postanowiłam wziąć sprawy w swoje ręce i samodzielnie zrobić namiastkę wiosny.
Zachciało mi się kwitnących jabłoni :)... no i sobie zrobiłam takie:

 

Z przepastnych szaf wyciągnęłam stare bawełniane prześcieradło i wzięłam się do dzieła.
Technika stara... bo stosowały ją nasze babcie i prababcie umiejące z niczego stworzyć coś pięknego.







i tak krok, po kroku... stare prześcieradło doczekało się swoich pięciu minut ;) 


A starej technice musiała mi towarzyszyć stara melodia... :)

"Świat nie jest taki zły
Świat nie jest wcale mdły
Niech no tylko zakwitną jabłonie
To i milion z nieba kapnie
I dziewczyna kocha łatwiej
Jabłonie kwitnące jabłonie..."


niedziela, 28 stycznia 2018

Serca haftowane lukrem.

Ostatnio, na specjalne zamówienie, wyhaftowałam lukrem ;), dwa piernikowe serca. Ozdobne ciastka miały być sprezentowane na Dzień Babci. Ponieważ jedna z babć kolekcjonuje anioły, tematyka jej pasji na ciastku była mile widziana. Motywem przewodnim serca dla drugiej babci miały być kwiaty.
Trochę czasu mi zajęło znalezienie odpowiednich wzorów i zaprojektowanie ich w przestrzeń serc, tak, aby wszystko jakoś zagrało.
Pierwszy etap - zrobienie w miarę perfekcyjnej, drobnej krateczki, jest dla mnie chyba najmniej lubianą fazą "pierniczenia". Praca żmudna i często niewdzięczna, bo łatwo o zachwianie ręki i wtedy krateczka, będąca tłem motywu staje się nierówna, co nie służy estetyce ciastka.
Inną zmorą tworzenia "kanwy" pod haft, jest rwąca się nitka lukru. Czasem po prostu lubi się urwać ;) ...chyba tak, tylko dla urozmaicenia pracy.
Więc kiedy ten żmudny etap mam za sobą oddycham z ulgą :), bo teraz czeka mnie czysta zabawa.
Jednakże ta "zabawa" wymaga jeszcze większego skupienia, bo najmniejsza pomyłka... zapełnienie nie tej, co trzeba kratki burzy harmonię i czytelność motywu, a poprawki nie są mile widziane :/
...ale w końcu następuje ten moment, kiedy mogę odsapnąć z ulgą po raz drugi ;) A następuje to, kiedy praca jest ukończona.



...a jeśli już jestem przy temacie słodkich haftów, to może jeszcze wrzucę kilka tegorocznych świątecznych pierników. W końcu to ostatni gong, bo zdecydowanie kończy się już czas choinki i ozdób bożonarodzeniowych i kolędowania.
 (Ba!, jako, że dzisiejsze czasy są postawione na głowie, to niektóre sklepy już promują ozdoby wielkanocne - pozostawię to bez komentarza :/)




Tymczasem uciekam. Muszę się wyspać. Czeka mnie ciężki tydzień.
Penelopa :)

niedziela, 7 stycznia 2018

Jak zostałam Penelopą...

Nie wiedziałam od czego zacząć, po tak długim okresie milczenia.
Co by nie mówić, wyszłam z wprawy w temacie prowadzenia bloga i kiedy zastanawiałam się jakim tematem rozpocząć ten mój nowy etap, to wszystkie wydawały mi się jakieś nie na miejscu. 
-nooo, tak to ja nie ruszę z miejsca - myślałam sobie zniechęcona.
I nagle coś mi zaświtało. 
A może by tak zacząć od początku? I już miałam gotowy tytuł posta.
No właśnie, dlaczego właściwie przylgnęło do mnie imię Penelopy?
I pewnie wszystkim nasuwa się gotowa odpowiedź. Odpowiedź nader oczywista:
- Penelopa była żoną Odysa!  Faktycznie, mój ukochany pływa po morzach i oceanach, więc się zgadza. :) Bingo!
Jednak to nie wszystko. To tylko jakby jedna strona medalu. Jest jeszcze druga strona -dotyczy samej Penelopy. Jak wiadomo, Penelopa nie oczekiwała bezczynnie swego obieżyświata. 
Czas rozłąki upływał jej na tkaniu. (Był tam jeszcze motyw zalotników, z powodu których noce spędzała na pruciu swojej pracy...ale pomińmy ten temat 😉)
No więc jak przystało na Penelopę, ja też tkałam gobeliny. 
Znaczy się jestem `Penelopą pełną gębą ;)
Było to bardzo dawno temu. 
Pewnie niektóre z Was co najwyżej były wtedy różowiutkimi, słodkimi brzdącami. Ja dla odmiany miałam wtedy takiego bobasa 😍 - Tomaszka (prawie Telemacha 😉) Dzielnie towarzyszył mamusi w kursie tkactwa artystycznego. Zabierałam go ze sobą na zajęcia do osiedlowego domu kultury. Trzeba przyznać, że był wyjątkowo cierpliwym kursantem. Leżał sobie grzecznie w głębokim wózku i najczęściej równie głęboko spał ...mając jednocześnie wszystko w głębokim poważaniu ;)
Moje pierwsze gobeliny tkałam używając kolejnego morskiego elementu. A był to sizal z zużytych lin okrętowych. 
To jest jedyny gobelin sizalowy, który mi się uchował na pamiątkę.


Dosyć duży. 1,5 m x 1m.
Zrobiłam go kiedyś dla moich rodziców. Teraz zawisł u mnie. 
Podobnej wielkości były pozostałe wcześniejsze sizalowe prace.
Praca nad nimi trwała dosyć długo..ale przecież Penelopa musiała się wykazywać cierpliwością ;) 
Najgorsze były przygotowania materiału. 
Po rozplątaniu, lina zamieniała się w podobne kłębowisko sznurków sizalowych. 


Trzeba było je ufarbować. Na gorąco, w wielkich garnkach. To była prawdziwa droga przez mękę.
Kuchnia zamieniała się w pole bitwy. Najtrudniej było uzyskać kolor, który się oczekiwało. W tamtych czasach (połowa lat 80-tych poprzedniego stulecia) nie było zbyt wielkiego wyboru barwników. Z kilku dostępnych kolorów trzeba było, metodą prób i błędów robić mieszanki, i nigdy do końca ( do momentu wyschnięcia ) nie wiedziałam czy to już ostateczna próba. 
A najgorzej wspominam moje pierwsze eksperymenty, szczególnie przy farbowaniu koloru czerwonego do pierwszego tak dużego projektu (również 1.5m x 1 m) - "zachodu słońca". Porażka za porażką. ;)


Uśmiecham się teraz do wspomnień i do tych pierwszych moich nieporadnych prac o tematyce ... oczywiście morskiej ;)
Zdjęcie zrobione ze slajdu, więc jakość dodatkowo poleciała. Ale pamiątka jest.
Kolejny slajd w kiepskiej jakości, który się uchował to "muszle na piasku" (1.5m x 1m)


Praca z sizalem nie była lekka. Sztywne sznurki trzeba było "rozczochrać", żeby dawały efekt miękkości. Moje dłonie dostawały w kość. ...ale co się nie robi... 

Po jakimś czasie zaczęłam eksperymentować z bawełnianymi ścinkami. Zmieniłam też upodobania co do kolorystyki. Ograniczyłam się do bieli. A bawić się zaczęłam fakturą.

Ten gobelin darzę szczególnym sentymentem. 
Tkałam go nosząc pod swoim sercem maleńką kruszynę. Oczywiście zielonego pojęcia nie miałam czy urodzi mi się córeczka czy chłopiec. W tamtych czasach usg nie było dostępne. Ale marzyła nam się dziewczynka. Wszak synka już mieliśmy 😊
Siedziałam, z wielkim brzuchem, przed ramą z naciągniętymi równiutko nitkami osnowy i jakby grając na strunach harfy, prowadziłam wątek, który naszkicował "jej portret" 😉    (80 cm x 90 cm)


Wszyscy szeptali: "urodzisz artystkę..." ... i urodziłam 😍 - Hanię 
...i na koniec jeszcze niewielkie etiudki. 

50 cm x 50 cm
róg obfitości 50cm x 60 cm

Ufff... i tym sposobem jakoś przebrnęłam przez pierwszy post ...po czasie.
Pozdrawiam Was serdecznie
Wasza Penelopa ;)


poniedziałek, 1 stycznia 2018

Noworoczne dylematy.



...a z Nowym Rokiem męczy mnie pytanie:
 -reaktywować bloga, czy nie reaktywować?

Kto mi pomoże odpowiedzieć na nie???